piątek, 8 lutego 2013

Pozbyć się Zdziry?


Czerwona Zdzira to mój samochód.

Tą niespecjalnie pieszczotliwą nazwę otrzymała dość wcześnie w naszej relacji, głównie z powodu umiłowania do psucia się w najmniej do tego odpowiednich momentach. Niby nigdy nie ma tego odpowiedniego momentu na popsucie się samochodu, ale ten konkretny model uwielbia zapłonąć pod maską w niedzielny wieczór sto kilometrów od domu czy wyładować akumulator w drodze na koncert w samym środku nigdzie.
Nie żebym nie była sobie winna sama.

Mimo nadania imienia, nie traktuję samochodu inaczej niż po prostu maszyny, która się zużywa. I jakoś niespecjalnie dbałam o te skrzypienie towarzyszące przejeżdżaniu przez spowalniacze czy dodatkowy terkot w silniku.

I teraz się to na mnie mści. Przy ostatnim przeglądzie okazało się, że samochód go nie przejdzie jak nie naprawię zawieszenia i paru innych drobiazgów. Drobiazgów nazbierało się jednak tyle, że rachunek wyszedł na 3000 zł. Zabolało. Zapłaciłam, bo w perspektywie miałam brak samochodu w podróży do domu na Święta i na Sylwestra na Kaszuby.

Wyjazd jednak minął, a mnie przypomniał się wpis przeczytany jakiś czas temu u Henryka na Drodze Minimalisty oraz wpis ostatnio popełniony przez Szast.Prast z Nie Kupuję.Obserwuję.

I zaczęłam się zastanawiać. Po co mi Zdzira?


Zdzira to mój drugi samochód. Pierwszy kupiłam w miarę niedługo po rozpoczęciu pracy. Człowiek wreszcie zarabia sam, stać go na wynajęcie mieszkania, ale jednocześnie mniej ma się czasu na te wszystkie przyjemności, na znajomych, kino, wyjazdy. 
Z samochodem łatwiej. I wygodniej. Do pracy też można wstać później.
Po jakimś czasie jednak samochód (nazwany Frankie Żelazko), stał się zbyt...no właśnie. Zbyt. 
Zbyt stary, choć nie miał dużo lat, po prostu model nie był już pierwszej świeżości. 
Zbyt mały, choć rodzina mi się nie powiększyła. 
Po przeprowadzce i awansie jakiś taki nieodpowiedni. Nie ukrywajmy. Zbyt tani.

A więc nadeszła pora na zmianę. Pojawiła się Czerwona Zdzira. Nowsza, szybsza, ładniejsza.
I tak jeździłam nią przez ostatnie pięć lat. Samochód dawno już stracił swój urok nowości, a rosnące koszty jego utrzymania oraz rozmowa z przyjaciółmi spowodowała że zaczęłam liczyć.

Do pracy nie mam daleko. Zaledwie 10 kilometrów po płaskiej Warszawie. Już kilka razy latem jeździłam tam rowerem, więc wiem, że się da – ku mojemu zaskoczeniu ścieżki rowerowe pokrywają 80% trasy. Rower mam, tata już nie może na nim jeździć, sprzedać absolutnie nie pozwala, więc zaopiekowałam się jego wypasionym sprzętem. A więc koszt 0 zł, no może 100 na rok, doliczając okresowe przeglądy, smarowanie i tym podobne. Byłoby mniej gdybym robiła to sama…
Na dni deszczowe jest bezpośredni tramwaj. Jak popatrzę na to zimą, to dojazd tramwajem zajmuje tyle samo czasu co odśnieżenie lub oskrobanie samochodu z jazdą po mieście. Koszt miesięczny 100 zł, przy biletach kwartalnych nawet mniej, bo kwartalny to 250 zł. Zakładając że latem nie będę jeździć komunikacją przez 2 miesiące (optymistka ze mnie J) to wychodzi jakieś 800-1000 zł + utrzymanie roweru + sporadyczne bilety pojedyncze (jak ljuż pada ten deszcz). Przy najgorszych wiatrach 1300 zł.

Biorąc pod uwagę koszt paliwa i eksploatacji samochodu za rok wożenia szanownych czterech liter po mieście (rejestruję to na bieżąco, więc mogę sprawdzić), to miesięczne paliwo kosztuje mnie ok. 120-150 zł. Plus ubezpieczenie roczne 600 zł. Więc bez napraw samochód to 2400 zł. Tysiąc złotych różnicy. Doliczając średni 2000 na rok na naprawy, to się już robi 4,5 tysia rocznie za samochód. Pod warunkiem, że to będzie „tylko” 2000 zł na naprawy. Hmmmm….

Zaraz jednak pojawiła się lista pytań – a co z podróżą do rodziców, nad morze? A wypady za miasto w letnie weekendy? Do babci na Mazury? Większe zakupy? Albo jakiś mebel?

Zaczynając od końca – mieszkanie mam urządzone, nowych kanap kupować nie muszę, przeprowadzać się nie planuję. A jak już się zdarzy, to mimo ciągłego minimalizowania, nadal nie mam tak małej liczny rzeczy by się przeprowadzać samochodem osobowym. Do tego wypożycza się samochód dostawczy. Raz na parę lat. 
W przypadku zakupu mniejszego mebla zawsze można poprosić kogoś ze znajomych – koszt jednego piwa lub butelki wina. Lub wziąć taksówkę. 30-50 zł. 
Zakupy? Na co dzień robię je w okolicznych sklepikach, wozić samochodami ich nie trzeba, zaś jak już od święta trzeba by kupić coś większego, to zawsze można wrócić do domu taksówką.
Więc nie ma co liczyć dla porównania.

Ale co z odwiedzinami u rodziny? Wypadami za miasto?
Kiedy brutalnie popatrzyłam na moje podróże w ostatnich dwóch latach, to na Mazurach u babci byłam raz lub dwa razy w roku. Do rodzinnej Gdyni też nie podróżowałam częściej niż raz na kwartał. A wypady za miasto zdarzyły mi się może trzy…Czy do tego potrzebny jest samochód? Do Gdyni można pojechać Polskim Busem.  W najgorszym wypadku 60 zł z jedną stronę. Zajmuje to tyle samo czasu co samochodem. Samochód jest więc potrzebny tylko na świąteczne wyjazdy, kiedy muszę ze sobą zabrać kota – nie byłabym gotowa skazać współtowarzyszy na jej miauczenie przez pół drogi…Choć może kiedyś warto spróbować. Nie jest w końcu bardziej hałaśliwa niż małe dziecko.

Spojrzałam na sieć i auto tej samej klasy co Zdzira można wynająć już nawet za 100 zł za dobę. Do Gdyni jeżdżę na 4-5 dni, do babci na Mazury na góra dwa. Powiedzmy, że są to 3 podróże rodzinno/świąteczne w roku. To daje maksymalnie 1600 zł. Paliwa nie liczę, wynosi tyle samo co jazda własnym.
A weekendowe wypady za miasto? Również można wynająć samochód, pojechać koleją, autobusem…zakładając, że nie będzie to więcej niż 3 razy w roku na jeden/dwa dni, to koszt całkowity nie przekroczy 600 zł.

Więc jak to się zestawia w sumie?

Z samochodem: 4400 PLN
Paliwo w mieście – 1800 PLN
Ubezpieczenie – 600 PLN
Naprawy – 2000 PLN

Bez samochodu: 3550 PLN
Bilet miesięczny/kwartalny: 1000 PLN
Utrzymanie roweru: 100 PLN
Wypożyczenie samochodu na wyjazdy do rodziny: 1600 PLN
Dojazdy do Gdyni busem: 250 PLN
Wyjazdy za miasto: 600 PLN

W skali roku niewielka różnica. Mniej niż 100 zł na miesiąc….
Pod warunkiem, że Zdzira nie będzie się kosztowniej psuć.
Hmm…jak na to patrzę to mam dylemat. Zanim zaczęłam liczyć wydawało mi się, że bez samochodu bardziej się opłaca….a teraz już nie wiem.

Czy ja wogóle potrzebuję samochodu?
Pozbyć się Zdziry czy nie?

10 komentarzy:

  1. Nie zapomnij,ze jeszcze beda korzysci ze sprzedazy samochodu:)

    Byl taki czas,gdy mialam 1,5km do pracy i tez jezdzilam samochodem.Bo padalo,bo zimno bylo ,bo zaspalam,bo... O dziwo wczesniej potrafilam chodzic na uczelnie 4km w jedna strone (z laptopem).I PRZEZYLAM,nawet stalam sie szczuplejsza;)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie liczę na żadne kokosy. Dobiłam auto tak, że się zastanawiam, czy nie będę musiała złomiarzom dopłacić...
      I tak, wygoda czterech liter przyrastających do siedzenia kierowcy to straszna choroba społeczna...

      Usuń
    2. Co do ceny - złomiarze dają koło 500 zł, a da się wyciągnąć więcej. ;) Polecam - zrobić fotki (nawet założyć specjalny album np. na picasie), z każdej strony, łącznie z tym, co pod maską, tapicerka itd. Rozesłać zapytania do kilku "skupów aut", z dokładnym opisem auta i jego wad (tu raczej nie ma co ściemniać, zwłaszcza jeśli chodzi o uszkodzenia karoserii). Ja w ten sposób na drugi dzień miałam ofertę dwukrotnie lepszą, mimo że auto nie było na chodzie i z wgniecionymi drzwiami.

      Usuń
    3. Tofalaria - dzięki za info. Z pewnością skorzystam jak dorosnę do tej decyzji.

      Usuń
  2. Temat, który właśnie przerabiamy. Przed świętami zdechł nasz Szerszeń (też Czerwony), naprawa miała kosztować ponad 2000 zł (remont silnika, trudno tu powiedzieć, czy z naszej winy, czy nie - raczej kwestia lat i przebiegu), co przy wartości samochodu około 4 tys. było dla nas nie do przyjęcia. Samochód w stanie niesprawnym sprzedaliśmy za nieduże pieniądze.
    W święta okazało się, że da się obskoczyć z Piaseczna dwie Wigilie (Chomiczówka i Wilanów) w jeden wieczór, bezboleśnie przemieszczając się autobusami. Ba, nawet powrót do domu po północy nie był żadnym problemem. Dojazd zajął nam może więcej czasu, ale niewiele więcej.
    W styczniu byliśmy w Warszawie chyba więcej razy niż przez cały poprzedni rok. Koszt jednorazowego przejazdu dla dwóch osób jest jednak spory. Przy użyciu biletów 20-minutowych (najtańsza opcja) wychodzi 13,60 na osobę. Miesięczny i kwartalny na razie się nie kalkulują.
    Problematyczne staje się poruszanie w drugą stronę, tj. poza Piaseczno. Do Urzędu Gminy 5 km, autobusy tylko o 7.00 rano, a potem jakoś o 15.00. Ostatnio łapałam stopa. Do Skarbowego 4,5 km, nie opłaca się iść do autobusu. Na basen 3 km - nie uśmiecha mi się wracać pieszo z mokrą głową. I tak dalej.
    Pomimo, że z samochodu korzystaliśmy niewiele, to jednak duża wygoda, czasem jedyna opcja, by gdzieś dojechać, ponieważ przeważnie spędzamy czas poza miastem, a Warszawa nie jest naszym standardowym kierunkiem. Na wiosnę pewnie coś kupimy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tofalaria - tak, mieszkając poza zasięgiem doskonałej (choć drogiej) warszawskiej komunikacji miejskiej też bym nie oddała samochodu. Jestem jednak zwierzęciem miejskim, nie zamiaram się wyprowadzać ze Śródmieścia i nie wiem....jak sobie pomyślę o tych nowojorczykach lub londyńczykach, którzy nawet praw jazdy nie mają, bo nie muszą to się tak zastanawiam "można? no można..."
      Nadal jednak wewnętrzny leń i tchórzofretka skrobią po czaszce...

      Usuń
    2. Gdybym dalej mieszkała w Wawie, jak od dziecka, to bym pewnie w ogóle nie miała ani prawka, ani samochodu, ani doświadczenia za kółkiem. ;)

      Usuń
  3. Musisz sobie odpowiedziec na pytanie jak bardzo jestes wygodna :-)
    Bo dla mnie (uzywajacej na codzien komunikacji miejskiej) auto na codzien to przede wszystkim wygoda. Jezdzac do pracy autem nie musialabym zakladac na siebie sterty ciuchow gdy jest zimno, bo przeciez podjezdzalabym od domu do samej pracy. No i zapytaj siebie tez czy lubisz ruch/spacery :-) Te minuty spedzone na swiezym powietrzu (dojscie od domu na stacje i potem ze stacji do pracy) dla mnie sa osobiscie bezcenne... Kiedy jednak leje i wieje zazdroszcze okrutnie wszystkim zmotoryzowanym...
    Aha, auto mamy, ale uzywamy go glownie w weekendy (bardzo duzo podrozujemy/zwiedzamy) I szczesliwie (odpukac !) mimo ze kupione 4letnie kilka lat temu(i jak juz wyjedzie z garazu to robi setki jesli nie tysiace kilometrów), to jeszcze nigdy nas nie zawiodlo :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. I co postanowiłaś, ciekawa jestem? :) Mi osobiście zabawnie czyta się takie słowa, że auto męczy itd, ale ja jestem zgorzkniała i zazdrosna po prostu ;p - powiem tak: mieszkam w aglomeracji śląskiej, komunikacja miejska jest dobrze rozwinięta, ale tyle, ile się najeździłam autobusami...tyle ile wymarzłam na przystankach...tyle ile (z całym szacunkiem, ale taka prawda) nienormalnych ludzi spotkałam , ile śmierdzących, pijanych (długo miałam litość i empatię, ale okazało się, że nie jest wieczna..), tyle ile razy chorowałam z tego powodu (wiadomo, tu autobus nie przyjechał, a śnieżyca, tu mnóstwo kichających ludzi wokół...). Oj, tylko że ja jeździłam codziennie po 30 km w jedną stronę i 30 w drugą, na uczelnię. Przez 3 lata! Nie wiem, jak mogłam do tego dopuścić, dopiero teraz ( ponad pół roku temu) wyprowadziłam się z domu, blisko uczelni i kontrast jest niesamowity. Będąc w autobusie jesteś 'bliżej ludzi', bliżej ich problemów i zachowań, bliżej takiego normalnego, zwykłego życia. To jest bardzo na plus, taki folklor miejski, ale mi się w końcu znudził i teraz każda jazda jest bardzo niemiłym przeżyciem. Z tych powodów myślę źle o ludziach, irytuję się, nie lubię tłumów itd. Nie chcę pozwalać sobie na takie negatywne uczucia, a jednak ciężko zachować optymizm, uwierz ;) I dlatego straaaaasznie zazdroszczę wszystkim posiadaczom aut, kiedyś myślałam, że jestem 'lepsza', bardziej alternatywna itd, ale teraz...oj, zamieniłabym się ;) Plusem komunikacji miejskiej jest za to to, że jestem bardziej zahartowana od innych, mniej wygodna, lepiej zorganizowana (czasem wyszukanie połączeń to istny majstersztyk;)), nie ma dla mnie problemu, by podejść gdzieś na piechotę, by wyjść w każdą pogodę, jestem ogólnie bardziej 'wysportowana' od tych, którzy przymarzli do foteli aut... Dla mnie najkorzystniejszą opcją było by posiadanie auta, ale używanie go w jakimś zdrowym zakresie, tak, by pamiętać o spacerach i 'życiu przed autem' ;) Bo gdy ktoś nie umie nigdzie dojechać autobusem, bo to obraza majestatu (mnóóstwo znajomych tak ma..), to czuję, że jednak coś jest nie halo, że to też nie jest dobra droga. Ahoj ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem się częściowo rozwiązał sam. Zdzira utknęła w śniegu z wyładowanym akumulatorem, potem zablokowały się tarcze hamulcowe...i tak nie ruszyłam samochodu od 2 miesięcy. Jednak nadal mi ciąży mentalnie. Papiery niezałatwione, zajmuję miejsce parkingowe i tylko czekać aż ktoś przekona straż miejską by mnie odcholować. I już wiem, że ten zimowy przestój znów będzie mnie sporo kosztował u mechanika.
      Nawet na święta pojechałam do domu Polskim Busem - przyjemnie, tyle samo czasu co samochodem, tylko "opiekunkę" do kota znaleźć trzeba było.
      Więc korzystam z komunikacji miejskiej. Mam na szczeście zaledwie 10 kilometrów i bezpośredni tramwaj - w żaden sposób mi się tu mierzyć z Twoimi 30 kilometrami i przesiadkami.
      Nie spotykam (jak dotąd) ludzi na bakier z higieną i w bliskich relacjach z alkoholem więc nie jest źle.
      I na prawdę poważnie się zastanawiam, czy tak nie zostanie. I coraz bardziej jestem ZA pozbyciem się. Dla mnie samochód to większy koszt (głownie mentalny) niż zysk. Jeśli ty widzisz więcej zysków z posiadania samochodu- mogę Ci zawsze sprzedać swój ;-)

      Usuń