czwartek, 11 lutego 2016

O poście


Środa Popielcowa za nami, więc czas porozmawiać o poście.
Po raz kolejny, bo pisałam już o nim dwa lata temu, choć wtedy było to w innym kontekście.
Czasu trochę minęło, ja się zmieniłam, świat się zmienił...

Nie ukrywajmy, katolickie niejedzenie mięsa w piątki i ograniczenie "radości życia" przed Wielkanocą to niespecjalne wyzwanie. W kościele prawosławnym post co najmniej 4 razy do roku, gdzie każdy trwa od tygodnia do nawet sześciu tygodni. Ramadan obecny w islamie związany z niejedzeniem i niepiciem w ciągu dnia przez miesiąc, biorąc pod uwagę klimat większości muzułmańskich krajów to nie lada obciążenie dla organizmu. "Prościej" chyba tylko mają w judaiźmie, gdzie pości się w parę dni związanych z ważnymi świętami (np. Jom Kippur), jak i w hinduiźmie w dni Ekadaśi wyznaczane kalendarzem lunarnym.

Można więc z wysoką dozą poprawności założyć, że większości ludzkości post z przyczyn religijnych jest prawdopodomnie znany. Tylko dlaczego o tym piszę, kiedy z religiami mi raczej nie po drodze?

A to dlatego, że post ma dla mnie dużo wspólnego z minimalizmem.

Bo czymże innym jest minimalizm i dobrowolne ograniczenie jak nie postem? 
Analizujesz co masz, co robisz, z kim się spotykasz, co jesz i pijesz i wyciągasz wnioski.
Czego nie potrzebujesz. 
Czego ci się wydaje że potrzebujesz, ale chcesz potrzebować mniej.
Czego tak na prawdę chcesz.
Przygotowujesz plan i pilnujesz się by go wykonać. 
Pozbyć się rzeczy, zmienić dietę, Zacząć ćwiczyć, zmienić nawyki.

Przed remontem rzeczy znikają z domu w tempie ekspresowym. Zmiana diety i ćwiczenia już trzeci miesiąc w toku jako postanowienie urodzinowe. Co jeszcze mnie uwiera?
Uzależnienie od filmów i seriali. Oglądam je nałogowo, po 10 seriali na raz, spędzając długie godziny i czasem całe weekendy przed monitorem "nadrabiając" zaległości. Prawdziwy ze mnie maratonista, który szczyci się tym że ludzie się do niego zgłaszają po porady co oglądać.
Czas jednak wystopować. Bierne oglądanie pożera mi za wiele czasu.

Dlatego stawiam sobie wyzwanie oglądania dwóch odcinków seriali dziennie i jednego filmu tygodniowo. Nieważne zaległości. W ten sposób zorientuję się co tak na prawdę chcę oglądać i z watchlisty wreszcie usunę te seriale które porzuciłam na piątym sezonie, a właśnie leci jedenasty...

Mówi się że 30 dni to okres w którym można skutecznie "zagnieździć" nowy nawyk.
Więc teraz czas na mnie.
Byle do wiosny.


1 komentarz:

  1. Jak oglądam seriale po angielsku, to przynajmniej sobie tłumaczę, że język ćwiczę... Ale u mnie to wychodzą z trzy-cztery odcinki tygodniowo. Na więcej nie mam czasu. Po polsku nie oglądam już nic.

    OdpowiedzUsuń